244 views, 16 likes, 0 loves, 9 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from KON-MAT S.C.: Nie ma to jak praca w KONMAT trzeba zapier.. pracować Nie ma to jak praca w KONMAT 😝😝😝 trzeba zapier.. pracować 😝😉👍 | By KON-MAT S.C.
Jeśli użytkownik nie jest zalogowany, poprosimy go o wprowadzenie danych konta EasyCart a następnie sprawdzimy, czy ma dostęp do Twojego produktu i w zależności od tego, pozwolimy mu zobaczyć zawartość. W ten sposób możesz często zrezygnować z serwerów, back-endu, baz danych czy WordPressa! Obsłużymy za Ciebie logowanie i konta.
nie ma. Used other than figuratively or idiomatically: see nie, ma. [+genitive] On nie ma czasu. ― He doesn't have time. there is no, there are no [+genitive] Nie ma chleba. ― There is no bread. Nie ma mowy! ― No way! (literally, “ There is no speech! ”) Nigdy nikogo nie ma w domu. ― Never is there anyone home. Usage notes [edit
Store your data: save, edit, access, and share the data you need to power your Zaps via a no-code data storage solution.
Nie zawsze pracodawca ma obowiązek tworzenia harmonogramu. W myśl art. 129 § 4 k.p. pracodawca nie ma obowiązku sporządzania rozkładu czasu pracy, jeżeli: rozkład czasu pracy pracownika wynika z prawa pracy, obwieszczenia, o którym mowa w art. 150 § 1 k.p. albo z umowy o pracę; w porozumieniu z pracownikiem ustali czas niezbędny do
Jedną z podstawowych rzeczy jakiej uczą na kursie na prawo jazdy jest nie wyprzedzanie w zakręcie, gdyż nie ma widoczności…ten matoł najwyraźniej przysnął na tym wykładzie i jakimś cudem zdał później egzamin – ten błąd trzeba jak najszybciej naprawić i odebrać mu uprawnienia, kto wie co jeszcze przespał.
. Dopadła mnie z zaskoczenia. Byłem w trakcie rozmowy z dobrą znajomą. Zaangażowaną, odpowiedzialną i… bardzo zmęczoną pracą. Właśnie proponowałem: “Kundzia, siedzę w tej odporności, zrób sobie test, pogadamy co za nim może stać, może gdzieś, coś, jakoś Ci się poukłada w głowie co dalej”. A ona na to (bezczelna): “Norbert czytałam już kiedyś o tym i to chyba nie dla mnie. Nie chcę móc więcej zapierdzielać. Tęsknię za spokojem.” Najpierw mnie zamurowało a potem mnie dopadła… myśl: “Skąd do diabła pomysł, że ma więcej zapierdzielać? Że budowanie odporności jest po to, by móc pracować więcej?” * Przejrzałem artykuły w sieci, przejrzałem co sam do tej pory napisałem i przestałem się Kundzi dziwić. Najwięcej materiału odnosi się do stresu, biznesu liderów i ich efektywności w sytuacjach trudnych (+ sportu). Prawdopodobnie dlatego, że biznes chętnie inwestuje obecnie w odporność a ludzie gotowi są przetestować różne rozwiązania by być w tym biznesie “bardziej”. Cokolwiek by to bardziej oznaczało. Nic dziwnego więc, że materiały pisane pod takiego klienta skupiają się głównie na aspektach efektywności biznesowej lub radzenia sobie z pandemią, co może mocno zaburzać rozumienie sensu pracy nad odpornością psychiczną. Już tłumaczę co mam na myśli. Zacznijmy od metafory Pomyśl o dbałości o odporność psychiczną jak o dbałości o sprawność fizyczną. Ludzie dbają o nią z różnych powodów: chcą czuć się dobrze, mieć więcej energii, dokopać sąsiadowi spod 3, móc sprawniej rywalizować na boisku, atrakcyjnie wyglądać, rzadziej chorować itd. Są tacy, którym “Bozia dała” i naturalnie są szybsi, szczuplejsi, odporniejsi na choroby. Inni muszą się napracować. Jedzą więc tyko zielone lub kolorowe, takie, które kiedyś chodziło lub nigdy się nie poruszało. Biegają, chodzą na siłownię, grają w koszykówkę, jeżdżą na rowerze, rozciągają się, ćwiczą z trenerem personalnym itd. Cel osiągają lub nie, ale niezależnie od tego podnosi się ich ogólna sprawność i wydolność. Łatwiej im wejść na 4 piętro bez zadyszki, dźwignąć 30 kilowe pudło bez ryzyka przepukliny czy po prostu budzić się rano pełnymi energii. Wyzwania, które kiedyś były trudne – wydają się bardziej osiągalne lub wręcz niezauważalne. Chętniej wsiądą na rower, zrobią dłuższy spacer. Z drugiej strony budowanie sprawności fizycznej w sposób nieprzemyślany zwiększa ryzyko nadmiernego wyczerpania, kontuzji. Efekt wtedy jest daleki od pożądanego. Analogia. Każdego dnia ludzie mierzą się z tysiącem mniejszych lub większych wyzwań. Począwszy od umeblowania mieszkania (znam takich co spać przez to nie mogą) poprzez wychowanie dzieci, konflikty rodzinne, utratę pracy, rozwód, po walkę z chorobą, nagłym kalectwem, śmiercią bliskich. Radzą sobie z tym lepiej lub gorzej. W tej samej sytuacji jedni się załamują, wypalają, targają nimi emocje – inni wyciągają wnioski i idą dalej, niejednokrotnie z optymizmem. Część z tego podejścia jest wynikową genów, ale znakomita większość bardziej lub mniej świadomego ćwiczenia swojej psychiki. Podobnie jak formy fizycznej. Obszar pracy tylko się zmienia. Zamiast nad zawartością talerza, techniką biegu i elastycznością pracujesz nad postrzeganiem rzeczywistości, siebie i otoczenia. Możesz to robić “na czuja”, możesz też świadomie pracować nad wzmacnianiem poszczególnych obszarów odporności (np. na bazie modelu 4C o którym pisałem tutaj). Dzięki odpowiednio rozwiniętej odporności psychicznej zmiany, sytuacje potencjalnie stresowe, trudne nie wywołują takiego lęku, bezradności, frustracji. Łatwiej podejmować jest trudne decyzje. Podobnie jak konieczność przebiegnięcia 15km nie wywołuje paniki u sprawnej fizycznie osoby. Wie, że sobie poradzi. Skąd w tym biznes? Raz jeszcze odwołam się do sprawności fizycznej. Koreluje ona z efektywnością biznesową. Osoby sprawne korzystają mniej ze zwolnień lekarskich, są bardziej energiczne, proaktywne, wolniej się męczą. Nie bez powodu karnety na zajęcia sportowe są jednymi z bardziej popularnych benefitów. Czy to oznacza, że osoby sprawne fizycznie muszą pracować ciężej? Że praca jest dla nich cięższa? I czy sensowne jest myślenie o sprawności fizycznej tylko w kontekście “by móc pracować ciężej? W przypadku rozwijania odporności psychicznej efekty których można się spodziewać to lepsze działanie pod presją, szybsze dochodzenie do siebie po porażkach, więcej optymizmu, lepszy sen, subiektywnie lepsze zadowolenie z życia, większa swoboda w podejmowaniu wyzwań wiążących się z wysokimi konsekwencjami (i radzeniu sobie z nimi). Efekty te będą widoczne we wszystkich codziennych działaniach – nie tylko w pracy. Badania pokazują, że osoby o wysokiej odporności psychicznej potrafią wziąć na siebie więcej i udźwignąć odpowiedzialność (zarówno porażki jak i sukcesu). Niejednokrotnie właśnie dlatego, że potrafią odmawiać, stawiać granice, nazywać cele, przez co pracują nie tyle ciężej co mądrzej. Na co dzień może nie widać. W codziennym życiu niska sprawność fizyczna wielu osobom nie przeszkadza w szczęśliwym życiu. W domu mają wygodne fotele, na parter jeżdżą widną, do sklepu samochodem, sport największą frajdę sprawia im w TV a pięciominutowy spacer jest wystarczającym wyzwaniem fizycznym po którym można nagrodzić się lodami. Gorzej kiedy nagle z różnych powodów trzeba się wysilić, coś dźwignąć. To z tych widocznych konsekwencji, bo zwyrodnienia kręgosłupa czy stany zapalne wątroby wychodzą dopiero po latach. Bez świadomej pracy z odpornością psychiczną też da się szczęśliwie żyć. Nawet przy niskiej odporności. Jej przydatność docenimy przede wszystkim wtedy, kiedy przyjdzie nam się zmierzyć z niespodziewaną, trudną sytuacją, ważną zmianą życiową, presją, konfrontacją z innymi. Zauważą to nawet bardziej inni niż my – bo my po prostu coś z tym zrobimy. Rozwiązania na szybko W 2018 roku przeprowadziliśmy z Wojtkiem Gradem 12 spotkań coachingowych (1 spotkanie na osobę) opartych o strukturę pracy z odpornością. Rozmowy toczyły się wokół problemu zdefiniowanego przez klienta ale głównym celem było poszerzenie percepcji problemu/wyzwania w odniesieniu do poszczególnych obszarów odporności: podejmowania ryzykawyciągania wniosków z doświadczeńkonsekwencji w działaniuświadomości/definicji celupewności siebiegotowości do rozmawiania o sprawach ważnychpoczucia wpływu na rozwiązanie problemuzarządzania emocjami. W 10 przypadkach efektem było odnalezienie własnego wpływu, silne wnioski odnośnie tego, co klienci mogą/chcą zrobić, zmniejszenie stresu towarzyszącemu myśleniu o problemie i działaniach, które za nim stoją, zwiększenie optymizmu co do oczekiwanych efektów. W dwóch pozostałych okazało się, że problem był wymyślony (klient chciał sprawdzić jak to będzie). Nie twierdzę, że oznacza to 100% skuteczności podejścia – jedynie, że może stanowić dobrą podstawę do systemowej pracy rozwojowej. W wielu przypadkach można taką pracę wykonać samodzielnie. „Trener personalny” przydaje się, kiedy zapętlamy się w swoim myśleniu, nie dostrzegając nowych możliwości. Ułatwia identyfikację martwych pól, rozbijanie założeń, blokujących przekonań. Zaznaczam, że jest to przykład zmiany postrzegania swoich możliwości w odniesieniu do konkretnego problemu. Nie oznacza on zbudowania odporności jako takiej (tak jak dobra rozgrzewka pozwala lepiej wykonać ćwiczenie fizyczne). Trwalsza zmiana przekładająca się na inne obszary życia wymaga regularnych ćwiczeń. A Kundzia? Wracając do Kundzi. Nie dziwię się, że nie chce więcej zapierdzielać. Nie mam jednak przekonania, że dążenie do wolniejszego biegania da jej święty spokój. Dzisiejsze zmęczenie nie jest dziełem jednorazowego przypadku. Zgadzała się na codzienny mentalny maraton (nawet jak w rozmowach między znajomymi twierdziła inaczej). Może dlatego, że uznała, że tak musi, może chciała coś sobie/innym udowodnić, może bała się konsekwencji postawienia granic a może ich nawet nie nazwała. Po prostu ciężko, solidnie pracowała, aż doszła do miejsca, w którym jedynym pomysłem jest – ucieknę albo padnę. Może uciec od sytuacji, trudniej uciec od siebie. Jest młoda i chce mieć poczucie sensu tego co robi. Nie sądzę by chciała siedzieć w domu na cudzym garnuszku. Prawdopodobieństwo tego, że będzie się mierzyć z najróżniejszymi naciskami, oczekiwaniami jest duże. Nie twierdzę, że spojrzenie na sytuację i przyszłość przez pryzmat świadomego budowania odporności jest jedynym rozwiązaniem, ale rozwiązaniem wartym uwagi. Szczególnie jeżeli nie chce się pracować więcej tylko sensowniej. *Dla bardziej dociekliwych – tak, zapytałem również o to Kundzię – nie umiała odpowiedzieć skąd jej się to powiązało, ale obiecała, że poczyta raz jeszcze. Imiona zmienione dla zachowania poufności.
Marek Saganowski: Przychodząc tutaj zdawałem sobie sprawę, że trzeba będzie mocno popracować, żeby właśnie tak zacząć. Przyszedł efekt ciężkiej pracy i jest tak, jak jest. Nie żałuje pan, że wcześniej wrócił do ŁKS, a nie lepszego klubu? Marek Saganowski: Nie. Władze zapewniały mnie, że ŁKS będzie odbudowywany. Sytuacja, jaka później się wytworzyła, mnie zaszokowała i chyba przerosła. Rozmowa była tylko o jednym, o zaległościach, na piłce nikt się nie skupiał. Patrząc na pana obecną dyspozycję można żałować, że nie grał pan w lepszych warunkach już wcześniej. Marek Saganowski: Ja nie żałuję. Próbowałem zrobić wszystko, aby w ŁKS-ie było dobrze. Nie mam sobienic do zarzucenia. Założyłem, że wrócę do Polski, do mojego klubu, któremu udało się awansować do ekstraklasy. Wydawało mi się, że to prezent od losu, iż wracam do domu, miasta, gdzie się urodziłem i wychowałem. Chciałem ŁKS odbudować, wyciągnąć z marazmu. Teraz wyciąga pan Legię. Marek Saganowski: Nie trzeba jej wyciągać, trzeba tylko zapomnieć o ubiegłym sezonie zapomnieć. Mamy teraz kolejne cele do zrealizowania. Legia chyba znowu stanowi drużynę. Jak duża jest w tym pana rola? Marek Saganowski: Jak każdego. Jest super atmosfera, fajnie się czujemy, nie ma zazdrości czy nienawiści. Nawet kiedy trener robił roszady w składzie, nikt nie stroił fochów. To wynik jasno przedstawionych założeń: będzie tak i tak. Ale pan miał pomóc tworzyć tę atmosferę w szatni. Marek Saganowski: Trener i działacze wiedzieli, po co mnie ściągają. I chyba to był dobry ruch z ich strony. Zgodzi się pan z teorią, że w Legii byli dobrzy piłkarze, ale brakowało wojowników? Marek Saganowski: Zgodzę, że faktycznie Legia ma bardzo dobrych piłkarzy. Co do poprzedniego sezonu, wszyscy mówili, że brakowało jej walczaków. Są tu tacy, którzy potrafią walczyć, ale zabrakło osoby, która podchodzi do zawodu następująco: nie ma fochów, trzeba zapier... i swoją robotę wykonać. Myślę, że na teraz właśnie to przede wszystkim daję drużynie. Trener Urban mówi: Marek może zagrać lepiej lub gorzej, ale nikt mu nie zarzuci, że nie walczy. Zawsze pan taki był? Marek Saganowski: Tak. Zawsze ciężko było mi pogodzić się z porażką, chociaż staram się tego nie pokazywać. Nie lubię być obijany. To mnie drażni. Nawet jakbym miał jedną nogę, a ktoś zacząłby mnie obijać, to bym walczył. Tak zostałem wychowany, że mam zapier... i tak wychowuję swoje dzieci. W życiu wszystko trzeba sobie wywalczyć, wydrzeć. Jest pan napastnikiem, który nie ma przestojów, cały czas gdzieś biega. Marek Saganowski: Dopiero teraz, kiedy w Legii jest system Amisco, sam to widzę. Faktycznie, zawsze jestem w czubie tych, którzy najwięcej biegają. Inaczej nie potrafię. Muszę być pod grą, nawet jeśli przesadzam i przez to są jakieś niedociągnięcia. Kiedyś trener Leo Beenhakker powiedział: „nie biegaj ciągle, tylko stań przy polu karnym i czekaj". Czułem się tak, jakbym był związany, nie mógł grać w piłkę, robić to, co kocham. Dzięki tym cechom bardzo szybko zaaklimatyzowałem się w Anglii. Minął miesiąc, a czułem się, jakbym był tam pół roku. Czyli jest pan zaprzeczeniem powiedzenia, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać? Marek Saganowski: Są tacy, którzy mądrze stoją, czekają i wiedzą, kiedy się zerwać. Ja mam swój styl, temperament, wolę popracować. Właśnie przechodził obok nas kibic Legii, który powiedział: „wielka sprawa Marek, że wróciłeś". Ile razy słyszał to pan w ostatnich dniach? Marek Saganowski: Jeszcze zanim podpisałem kontrakt i przyjeżdżałem na Legię, słyszałem od kibiców: „Przyda się taki zawodnik. Dobrze, że wracasz, my starzy cię dobrze pamiętamy". To cieszy. Każdy piłkarz pracuje na szacunek u kibiców. Ja zawsze zostawiałem trochę zdrowia na boisku, obojętnie gdzie grałem. Legia to dla mnie jeden z lepszych okresów w lidze polskiej. Fajnie, że ktoś to docenia. Miesiąc temu opinie były różne... Szczególnie u tych młodszych. Po co nam stary Saganowski – pytali. Marek Saganowski: Każdy człowiek ma prawo do swojego zdania. Fajnie przyjść do domu, wejść do internetu, napisać coś, wyłączyć komputer i się cieszyć. Takie sytuacje potrafią podgrzać zawodnika, choć myślę, że więcej było pozytywnych reakcji. Szczerze mówiąc, jak ktoś mądry chce cię skrytykować, to przyjdzie i powie wprost, co mu nie pasuje. Takiej krytyki się nie boję. Anonimowe głosy mnie nie bolą. Mój przyjaciel ostatnio mi wysłał SMS-a: „no Marek, pozamykałeś, za przeproszeniem, ryje niektórym z internetu". Grał pan kiedyś z lepszym piłkarzem od Danijela Ljuboi? Marek Saganowski: Grałem z różnymi, Henrikiem Larssonem, Giovannim van Bronckhorstem – każdy z nich jest inny. Ljubo to zawodnik świetny technicznie, wszystko widzi. Podoba mi się zwłaszcza jedno – nie gra tak, jak większość ludzi się spodziewała, czyli pod siebie. Pozycja cofniętego napastnika, pasuje do niego idealnie. Coraz częściej mówi się, że jego skuteczność wynika z pana sposobu gry – robi pan mu miejsce, rozbija rywala, a Ljuboja ma łatwiej. Marek Saganowski: Taka sama sytuacja była kiedyś, jak Stanko Svitlica wygrał klasyfikację strzelców naszej ligi. Ale przypominam, że nawet jak zagram dobrą piłkę, to jeszcze ktoś musi umieć to wykorzystać. Ljuboja czy Svitlica to tacy piłkarze. Mówił pan, że wszystko w życiu trzeba wydrzeć. Tak samo będzie z awansem do fazy grupowej Ligi Europy? Marek Saganowski: Oczywiście. To pokazały poprzednie rundy. Jeśli się na maksa nie skoncentrujesz i nie walczysz, to jest ciężko, zwłaszcza polskiej drużynie. Nieprzypadkowo nasza reprezentacja zajmuje odległe miejsce w rankingu FIFA. Wszyscy idą do przodu, uciekają nam, dlatego starcie z Rosenborgiem będzie trudne. Ale jeśli chcemy liczyć się w Europie, Norwegów musimy przejść. Co jest waszą siłą? Marek Saganowski: Kolektyw i wszystko po troszeczku. Uważam, że gramy fajną, widowiskową piłkę, zdobywamy dużo bramek, są indywidualności, które potrafią grać dla drużyny. A przecież mamy rezerwy, kilku zawodników dojdzie. Trener fajnie to ustawia, żongluje nami, a to oznacza, że mamy zespół, w którym każdy czuje się potrzebny. Czujecie presję? Działacze nie ukrywają, że wejście do Ligi Europy zagwarantuje stabilizację finansową. Marek Saganowski: Na razie z czymś takim się nie spotkałem, nikt od tego dwumeczu nie uzależnia przyszłości Legii. Ale sami zdajemy sobie sprawę, jakie korzyści finansowe ma klub grający w Lidze Europy. Większość poczuła to w poprzednim sezonie, kiedy udało się awansować. Wiecie już jak gra Rosenborg? Marek Saganowski: Poznajemy go. Trenerzy przyjęli taki system, że wszystko wiemy dzień przed meczem. Dlaczego? Marek Saganowski: Żeby niczego nie przeoczyć. 24 godziny przed meczem jest już największa koncentracja, wtedy najłatwiej przyswaja się takie informacje. Spodziewa się pan przede wszystkim walki fizycznej? Marek Saganowski: Nie odkryję Ameryki jak powiem, że Norwegowie będą grali długimi podaniami, na walkę. I na tę walkę musimy być przygotowani. To dlatego mecz z Koroną był idealnym przetarciem? Marek Saganowski: Tak. Fajnie, że udało się wysoko wygrać, a cztery bramki były najniższą karą dla rywala. Mnie cieszy też coś innego – że nie tylko przetrzymaliśmy ich agresję, ale umieliśmy się jej przeciwstawić. To znaczy, że jesteśmy zespołem gotowym na walkę. Dlaczego niektórzy z zawodników w poprzednim sezonie nie walczyli, a teraz jeżdżą po boisku na tyłkach? Marek Saganowski: To zasługa trenera. On wie, że umiemy grać w piłkę, że kombinacyjna gra nam nie przeszkadza. Tyle, że taki zespół trzeba zmusić do walki. Trenerowi się to udało. Czyli jeżeli dorównacie Rosenborgowi pod względem fizycznym, to o aspekt piłkarski nie ma co się martwić? Marek Saganowski: Nie chcę przekreślać szans rywala. Ale wierzę w nas, w nasze umiejętności. Jeśli zagramy tak, jak chcemy, będzie dobrze. Jeszcze nigdy żadna nasza drużyna nie grała dwa razy z rzędu w fazie grupowej europejskich pucharów. Czujecie, że to może pomóc tej naszej poniewieranej piłce nożnej? Marek Saganowski: Poniewieramy to my ją sami. Ci, którzy nie mają o niej pojęcia, siedzą w lekkiej atletyce czy gdzieś indziej, wygadują różne głupoty. Nie wiem, czy z zazdrości, czy dlatego, że im w futbolu nie wyszło i musieli uprawiać inne sporty. To naprawdę piękna przygoda, dwa razy z rzędu grać w Lidze Europy, zdajemy sobie z tego sprawę. Zabolały pana słowa mistrzów olimpijskich na temat piłkarzy? Marek Saganowski: Oczywiście, że tak. Jeśli na temat ambicji i honoru wypowiada się pan Kołecki, to chciałbym go zapytać, dlaczego dwa razy złapano go na dopingu. Jeśli jest taki honorowy, to czemu korzystał z niedozwolonych środków, by osiągać sukcesy? Uważam, że on nie ma honoru. Co mówi panu liczba 17? Marek Saganowski: Tyle brakuje mi do setki. Nie lat, a bramek w naszej lidze. Nie ukrywam, to mój cel, który chcę osiągnąć. W ciągu roku, dwóch, trzech, ale chciałbym kiedyś usiąść z moimi synami i powiedzieć: „tata strzelił 100 goli w polskiej lidze". >> Urban: Zagramy przeciwko piłkarzom, a nie drwalom Dobrze byłoby też usiąść jesienią i powiedzieć, że tata grał w fazie grupowej wszystkich europejskich pucharów? Marek Saganowski: Ligę Mistrzów i Puchar UEFA zaliczyłem. Chciałbym im móc tak powiedzieć i myślę, że stać nas na awans. >> Zamieszanie w Polonii Warszawa!
Piastowi Gliwice należą się gratulację i podziw, bo mistrzostwo Polski dla tego klubu to nagroda za skromność i pracowitość. Waldemar Fornalik stworzył silną drużynę z „salonu” odrzuconych, z piłkarzy, na których – największy przegrany tego sezonu – Legia, nie chciałaby nawet spojrzeć. Zresztą Jakuba Czerwińskiego i Tomasza Jodłowca klub z Warszawy do Gliwic wypchnął i jeszcze grubo do tego dopłacił. Tytuł trafia do klubu, który mądrze poukładał prezes Paweł Żelem, a kapitan Piasta Gerard Badia jest pewnie najsympatyczniejszym piłkarzem Ekstraklasy. Klub z Gliwic da się lubić. A jednak historia tytułu w sezonie 2018/19 roku, to jest historia tytułu przegranego. Bo – absolutnie nic nie ujmując Piastowi – to Legia to mistrzostwo przegrała. Przegrała – tak jak wcześniej ostrzegano – sama ze sobą. Jeszcze w środę miała szansę odwrócić losy tej rywalizacji, ale poległa w Białymstoku. W złym stylu. Znanym już z meczu z Pogonią, kilka dni wcześniej. Wtedy na światło dzienne wyszła mentalność najlepszych zawodników Legii, którym po prostu zabrakło charakteru. Na konferencji po niedzielnym meczu z Zagłębiem Lubin, Aleksandar Vuković ujął to dosadnie. Że „na boisku trzeba zapier..ć”. Pomijam formę, w jakiej to zrobił, ale przekaz miał słuszny. Chodziło mu o charakter. Bez tego w futbolu nie da się odnosić sukcesów, nawet jeśli ma się umiejętności piłkarskie. Dzisiaj – po półfinałach Ligi Mistrzów i porażkach Barcelony oraz Ajaksu, których piłkarze przegrali ważne mecze w swoich głowach – widzimy jeszcze lepiej, że mentalność to podstawa. Legioniści też przegrali tytuł w głowach, bo gdy wyprzedzili Lechię Gdańsk uznali, że to koniec wyścigu. Vuković chce się minimalistów pozbyć. Inni chcą się pozbyć… Vukovicia. Dziś ci wszyscy co już wyją, że „Vuko” się nie nadaje i trzeba Legii prawdziwego, dobrego trenera, myślą tak, jak krytykowany przez nich – dokładnie za to samo – prezes Mioduski. Myślą, że sukces można kupić sprowadzając gotowego trenera, co to weźmie i to wszystko poukłada. Nie, piłka nożna jest bardziej skomplikowana. Przykładów jest mnóstwo. Chwalony dziś Fornalik miał w karierze momenty lepsze i gorsze. Lepsze wtedy gdy dano mu czas, jak ostatnio w Gliwicach. W tym samym Piaście trener Radoslav Latal raz odniósł wielki sukces, a gdy drugi raz dano mu poprowadzić Piasta, już tak kolorowo nie było. Tak więc reguły nie ma. Ten sam trener może mieć kłopoty w tym samym klubie nawet kilka miesięcy później. Gotowców w futbolu nie ma. Vuković przewietrzy szatnię, poukłada drużynę po swojemu i wtedy będzie go można ocenić jako trenera. Dopiero wtedy. Teraz poskładał na szybko „pęknięte lustro”, ale takie klejenie na ślinę musiało się skończyć katastrofą. „Drużyna ze szkła” znów się rozsypała. Wcale nie zdziwiło mnie, że przeciwko Jagiellonii nie wyszli w podstawowym składzie Carlitos i William Remy. Po tym co pokazali w poprzednich meczach należała im się „ława”. Na facetach, którym w najważniejszym momencie sezonu brakuje charakteru, daleko się nie zajedzie. Tak jak na chimerycznym Iourim Medeirosie. Można dzięki nim wygrać pojedyncze mecze, ale nie można z nimi wygrać wojny o wszystko. Jak się idzie na wojnę, to trzeba zabrać ze sobą ludzi, co do których ma się pewność, że cię w najważniejszym momencie nie opuszczą. Dziś najlepszym przykładem tego, że trener nadaje charakter drużynie jest Jürgen Klopp. W Liverpoolu też pozbywał się (i nadal pozbywa) piłkarzy, których umiejętności są ogromne, ale z mentalnością u nich słabiutko. Przekonanie się co charakteru sprzedanego z Liverpoolu Philippe Couthinho kosztowało Barcelonę dużo więcej niż zapłacone, horrendalne 145 mln euro. Vuković ma prawo ulepić drużynę po swojemu. Ufam mu, jako legioniście z krwi i kości, który zna klub i widzi na co dzień szatnię drużyny. Na pewno bardziej niż kolejnemu wylosowanemu jak królik z kapelusza gościowi jak Romeo Jozak czy Ricardo Sa Pinto, którym powierzano klub nic o nich nie wiedząc. Albo wiedząc rzeczy, które zmuszały przynajmniej do wątpliwości, czy to są właściwi ludzie, by dać im władzę nad Legią. Mimo fiaska na finiszu sezonu, nadal mam przekonanie, że Legia jako drużyna jest w dobrych rękach. Ten klub – bo nie tylko drużyna – potrzebuje rewolucji i rekonstrukcji. Zarówno w szatni, jak i gabinetach. Pomyłek ludzkich i wtop transferowych było w ostatnich czasach tyle, że nie można tak dalej funkcjonować. Legia przy swojej przewadze finansowej i przewadze potencjału piłkarskiego, powinna wygrywać mistrzostwa kraju jak liderzy w innych tego typu peryferyjnych ligach (np. Dinamo Zagrzeb w Chorwacji), z co najmniej kilkunastopunktową przewagą. Tymczasem ostatnie mistrzostwa Legia wygrywała w ostatniej kolejce, na farcie. Kolejne tytuły tuszowały problemy na chwilę, by wrócić latem, gdy trzeba się było przejrzeć w bardziej wymagającym zwierciadle, czyli europejskich pucharach. Vuković na konferencji po meczu z Zagłębiem Lubin powiedział ważną rzecz. Że zrobi coś dla klubu, dla siebie i dla kolejnych trenerów Legii, żeby już nigdy kolejni szkoleniowcy nie byli zakładnikami. Liczę, że powiedzie mu się ta misja oczyszczania drużyny. Legia rozchwiała się jako konstrukcja, gdy zwolniono Jacka Magierę. Wtedy też bardzo „pomogli” niektórzy piłkarze. Kolejne błędy z wyborem następnych szkoleniowców były pokłosiem tamtego „grzechu pierworodnego”. Magiera zasługiwał na większe zaufanie, na to by rzeczywiście być trenerem na lata. Znał klub i zawodników, ale padł ofiarą intrygi. Dziś na zaufanie zasługuje Vuković. On wie, gdzie tę drużynę boli. Jeśli on tego najszybciej nie naprawi, to nie zrobi tego szybciej żaden sprowadzony za ciężką kasę „cudak”. Vuković ma odwagę, żeby konieczną w Legii rewolucję zrobić. Obejmował drużynę, która była zespołem kompletnie rozpadłym. Scalił ją na chwilę, ale nie dojechał z tym „konstruktem” do mistrzostwa. Wie gdzie popełnił błędy. Wie, że zgniłe kompromisy nie prowadzą do celu. Jeśli ktoś będzie miał siłę zrobić w Legii porządek, to musi być człowiek Legii. Ale nikt z gabinetów. Ktoś, kto pokazywał charakter na boisku i w szatni. Ktoś taki jak Vuković.
Po długich pięciu setach siatkarki ITA Tools Stal Mielec niestety przegrały na wyjezdzie z KS Sorellą Częstochowianką. Na odpoczynek nie ma jednak czasu - już w niedzielę, 6 marca kolejne spotkanie, tym razem w Mielcu. Siatkówka, 1. Liga Kobiet KS Sorella Częstochowianka - ITA Tools Stal Mielec 3:2 (26:24, 25:18, 20:25, 23:25, 15:10) Mielczanki pojechały do Częstochowy na mecz 23. kolejki, by zmierzyć się z czwartym zespołem w lidze. Niestety gra nie układała się zbyt dobrze i do gospodynie były górą w dwóch pierwszych setach. Siatkarki ITA Tools zwyciężyły jednak w trzecim secie dając sobie szansę na dalszą grę. Gdy wywalczyły także zwycięstwo w czwartym secie, powróciły nadzieje na cenne zwycięstwo. Niestety w tie-breaku częstochowianki odzyskały siły i doprowadziły do zwycięstwa w meczu. Ostatecznie mielczanki przywożą do Mielca tylko jeden punkt. Na rozterki nie ma jednak czasu. Już w niedzielę, 6 marca przed siatkarkami kolejne spotkanie. O godz. 18 na hali SP3 w Mielcu rozegrana zostanie kolejna, 24. kolejka 1. Ligi Kobiet. Rywalkami biało-niebieskich będą siatkarki z Białegostoku, które zajmują aktualnie przedostatnie miejsce w tabeli.
W ostatnim tygodniu lipca zespoły Młodzieżowej Hokej Ligi wkraczają w drugi etap przygotowań do sezonu 2022/23. Jedną z tych drużyn jest UKH Unia Oświęcim. Biało-niebiescy w poniedziałek wrócą do treningów, które póki co będą odbywać się "na sucho". Podopieczni Lubomira Witoszka będą trenować głównie tlenowo, poprawiając swoją kondycję, motorykę, a także siłę. Treningi mają się odbywać od poniedziałku do piątku. Na lód w Oświęcimiu nie wyjdą jednak planowo. Problemem są bandy, których dostawa wciąż się wydłuża i na razie nie wiadomo, kiedy ona nastąpi. Zresztą o tym fakcie już informowaliśmy. – Niektórzy z nas trenowali wcześniej z seniorami pod okiem Anny Bieniec, a niektórzy nawet przygotowują się aż do dzisiaj – informuje Mateusz Klimczyk. Odpowiedzią oświęcimian na brak lodu na własnej tafli ma być wyjazd do Cieszyna, gdzie będą mogli skorzystać z zajęć na lodzie. Odbędzie się on 9 sierpnia. – Według mnie UHT Sabers Oświęcim to bardzo fajny projekt, przemyślany i z przyszłością dla młodych zawodników. Daje im możliwość grania na wyższym szczeblu rozgrywkowym – przyznaje zawodnik "Szabli". Póki co nie doszło do żadnych zmian wewnątrzklubowych, jednak klub wciąż poszukuje nowych hokeistów do swoich szeregów.
nie ma czasu trzeba zapier